Nowa ocena zagrożeń wskazuje, że brytyjski system wodociągowy stoi w obliczu nowego, znacznie bardziej niepokojącego poziomu ryzyka – jedynym rozwiązaniem jest nacjonalizacja.
W zeszłym tygodniu, w ostatnich dniach administracji Starmera, rząd dał Andy’emu Burnhamowi jeden z najsilniejszych możliwych argumentów za nacjonalizacją branży wodnej. W posunięciu, które przeszło niemal niezauważone, zaktualizowano Krajowy Rejestr Zagrożeń (National Risk Register – NRR) – jawną wersję tajnego dokumentu używanego do planowania kryzysowego dla służb ratunkowych.
Dla większości zidentyfikowanych zagrożeń zmiany były niewielkie. Jednak jedna różnica między ocenami z 2025 i 2026 roku okazała się ogromna. W zeszłym roku rząd szacował ryzyko utraty dostaw wody przez pojedynczy region jako znikome, a prawdopodobieństwo – na poziomie od 0,2% do 1%. Nic wielkiego.
W tym roku macierz ryzyka świeci na czerwono. Prawdopodobieństwo utraty dostaw wody przez dany region wynosi obecnie od 5% do 25%, a wpływ takiego wydarzenia oceniono jako „katastrofalny”.
Szkoły, więzienia i szpitale musiałyby zostać zamknięte. Żadna ilość wody butelkowanej ani cystern nie byłaby w stanie pokryć deficytu dostaw, a „mieszkańcy prawdopodobnie musieliby opuścić ten obszar, a niektórzy mogliby wymagać ewakuacji. Naprawa infrastruktury mogłaby zająć miesiące”.
Skąd ta zmiana? Ponieważ po raz pierwszy w historii rząd bierze pod uwagę scenariusz cyberataku, który wyłącza urządzenia wodociągowe i kanalizacyjne lub energię elektryczną, która je zasila. Cały sektor wodny zużywa 3% brytyjskiej energii elektrycznej, przez co jest podatny zarówno na bezpośrednie cyberataki, jak i na uderzenia w sieć energetyczną.
Oto ponury obraz konsekwencji takiego ataku nakreślony w raporcie:
„Powrót do pełnej funkcjonalności może zająć kilka miesięcy. W przeciwieństwie do napraw fizycznych, odbudowa wiąże się z złożonymi wyzwaniami cyfrowymi: wiele komponentów [technologii operacyjnej] jest specyficznych dla danej placówki i może wymagać całkowitej wymiany lub rekonfiguracji”.
Raport nie podaje szacunków dotyczących prawdopodobieństwa wystąpienia tak konkretnego ataku, ale grupuje wszystkie potencjalne cyberataki na infrastrukturę pod ogólnym ryzykiem dochodzącym do 25% (szansa 1 do 4), choć ze skutkami określanymi jako „umiarkowane”.
Systemy wodne stały się podatne na zagrożenia, ponieważ są w coraz większym stopniu sterowane cyfrowo. A jeśli wrogi podmiot potrafi sparaliżować systemy Biblioteki Brytyjskiej do tego stopnia, że dwa lata później nadal nie można zdeponować tam e-booka, albo zatrzymać linię produkcyjną Jaguar Land Rover, powodując straty sięgające 1,5 miliarda funtów, to zagrożenie dla systemu wodociągowego trzeba traktować jak najbardziej poważnie.
Zmiana nastawienia jest godna uznania, ale powinna budzić ogromny niepokój; poziom inwestycji wymagany do zabezpieczenia naszych systemów wodnych przed cyberingerencją oraz zapewnienia im rezerwowych systemów zasilania na wypadek ataku na sieć energetyczną najprawdopodobniej przekracza możliwości sprywatyzowanego sektora wodnego.
Prywatne firmy użyteczności publicznej są zadłużone na kwotę 72 miliardów funtów, a od czasu prywatyzacji wypłaciły swoim akcjonariuszom 85 miliardów funtów w formie dywidend. Thames Water, które walczy o uniknięcie zarządu komisarycznego, próbuje przekonać rząd do darowania mu przyszłych kar finansowych, aby zachęcić do inwestowania w walące się rury i oczyszczalnie ścieków w stolicy.
Sekcja 37 ustawy o przemyśle wodnym z 1991 roku (*Water Industry Act 1991*) nakłada na firmy wodociągowe obowiązek utrzymywania ciągłych dostaw wody do gospodarstw domowych. Sekcja 208 daje rządowi prawo do wydawania firmom wodociągowym poleceń „w interesie bezpieczeństwa narodowego lub w celu łagodzenia skutków cywilnego stanu wyjątkowego”.
Jednak z Krajowego Rejestru Zagrożeń jasno wynika, że rząd nie wierzy, iż firmy te są w stanie skutecznie zareagować – i to nie tylko z powodu strukturalnych problemów wynikających z prywatyzacji, ale ze względu na szersze wyzwania techniczne związane z cyfryzacją oraz rosnącym poziomem zagrożeń.
Jak podkreśla raport, zarówno w Polsce, jak i w Danii cyfrowe systemy sterowania gospodarką wodną zostały w ciągu ostatnich dwóch lat naruszone. I choć ogólna ocena ryzyka mówi, że udany atak na taką skalę u nas jest „wysoce nieprawdopodobny”, to zakwalifikowanie jego ewentualnych skutków jako „katastrofalne” daje do myślenia.
W rządowej ocenie ryzyka pojęcie „katastrofalny” oznacza ponad 1000 ofiar śmiertelnych, ponad 2000 rannych i poszkodowanych oraz koszty gospodarcze sięgające dziesiątek miliardów funtów.
Rozwiązania jednak istnieją. Można przekształcić przedsiębiorstwa wodociągowe w firmy o charakterze społecznym/wzajemnym (spółdzielczym). Rząd mógłby przejąć udziały w tych podmiotach, których nie stać na inwestycje w zabezpieczenie swoich systemów cyfrowych. Można zainstalować panele słoneczne i magazyny energii przy każdym wrażliwym węźle sieci, dzięki czemu koszty energii – a tym samym rachunki – mogłyby spaść.
Ostatecznie jednak będziemy potrzebować tego, o co apelował Andy Burnham: większego udziału właścicielskiego i kontroli państwa nad branżą wodną, aby ukrócić dążenie do łatwego zysku, obniżyć koszty i zagwarantować ciągłość dostaw.
Woda staje się ponadto nowym polem bitwy w walce klasowej. Sztuczna inteligencja wymaga centrów danych, a centra danych wymagają wody. Dodatkowo zużywana przez nie energia elektryczna nakłada dodatkowe obciążenie na system wodny, który musi konkurować z branżą centrów danych o dostępny prąd.
Popieram i inspiruje mnie wdrażanie możliwości sztucznej inteligencji – zwłaszcza jeśli może to być suwerenna własność intelektualna z siedzibą w Wielkiej Brytanii. Zależy mi więc na tym, by powstawało u nas więcej superkomputerów i centrów danych.
Jednak ponad połowa centrów danych planowanych w Wielkiej Brytanii ma powstać w Londynie i południowo-wschodniej Anglii – czyli dokładnie na obszarze obsługiwanym przez najbardziej nieudolną sprywatyzowaną firmę wodną, gdzie centra te będą bezpośrednio konkurować o zasoby wody z ludźmi, innymi gałęziami przemysłu i rolnictwem.
W ramach scenariusza „wysokiego wzrostu” przedstawionego przez Thames Water, ponad 30% nowego zapotrzebowania na wodę generują centra danych AI. Tak więc nawet jeśli rozwiążemy stare problemy – w postaci wiktoriańskich kanałów ściekowych i neoliberalnego drenażu kapitału – nowe wyzwania i tak będą wymagały większej kontroli i własności państwowej.
Kwestia tego, kto i ile wody otrzyma, stanie się kluczowym problemem, w którym arbitrem może być wyłącznie demokratyczne państwo. To, kto i ile zainwestuje, aby utrzymać bezpieczeństwo dostaw, również da się rozwiązać jedynie poprzez interwencję państwową.
Coś musi ulec zmianie. Jeśli Andy Burnham myśli poważnie o zakończeniu „40 lat neoliberalizmu”, zrobiłby dobrze, podejmując się rozwiązania tego problemu. Częściowe bankructwo i niewydolność firm wodnych moglibyśmy zapewne rozwiązać drodze kompromisu – wprowadzając niektóre z nich w stan zarządu komisarycznego, a inne kierując na ścieżkę komunalizacji w ciągu około dekady.
Jednak jedno spojrzenie na Krajowy Rejestr Zagrożeń i na ogromną zmianę, jaka zaszła w nowej ocenie ryzyka dotyczącego wody, pokazuje, że nie mamy na to czasu. Czym innym jest bowiem zalecenie, by przez kilka dni żyć na zapasach fasolki i makaronu ze spiżarni, a czym innym przekręcenie kranu i zobaczenie, że nic z niego nie leci.
Na mocy sekcji 208 ustawy o przemyśle wodnym rząd ma prawo nakazać każdej firmie wodociągowej w Anglii: złagodźcie to ogromne i nowo rozpoznane ryzyko poprzez inwestycje. Jeśli nie będą w stanie tego zrobić, rząd nie powinien się wahać ani chwili przed uchwaleniem przepisów przywracających je w ręce publiczne.
Źródło: https://www.thenewworld.co.uk/



