Od kiedy drugiego dnia mojego pobytu w Izraelu usłyszałam syreny alarmowe, mam nową obsesję: schrony.
Nie przyszło mi to z trudnością. Życie w Stanach Zjednoczonych, na obszarach nawiedzanych przez gwałtowne zjawiska pogodowe, już wcześniej nauczyło mnie pewnej zapobiegliwości. Kupując dom, od razu szukałam w piwnicy idealnego schronienia przed tornadem: miejsca całkowicie pod ziemią, bez okien, blisko klatki schodowej (które są konstruowane jako najmocniejsze elementy budynku) i bez żadnych ciężkich przedmiotów nad głową. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to siedzieć pod lodówką, która mogłaby przebić strop w razie uderzenia wichury.
Łatwo więc było mi przenieść ten głęboko zakorzeniony lęk przed żywiołem na grunt realnego zagrożenia atakiem z powietrza.
W Izraelu większość ludzi mieszka w blokach. Te starsze nie posiadają własnych schronów. Gdy wyją syreny, mieszkańcy wychodzą na klatki schodowe – są one pozbawione okien i zbudowane z żelbetu. To względnie bezpieczne miejsce, by przeczekać ostrzał rakietowy. Ja mam „szczęście”: mieszkanie mojej córki posiada tzw. mamad. To specjalny pokój o wzmocnionych ścianach, z pancernymi drzwiami i oknem osłoniętym grubą, przesuwną stalową płytą.
Ale co zrobić, gdy alarm zastanie cię na zewnątrz? Córka zabrała mnie na spacer, by przeszkolić mnie z „miejskiego survivalu”. Sugerowała, by w razie czego chronić się pod budynkami mieszkalnymi, bo wiele z nich posiada podziemne parkingi.
– Wybieraj północną lub zachodnią stronę budynku, tam jest bezpieczniej – instruowała mnie. Powiedziała też, bym po prostu próbowała szarpnąć za klamkę drzwi wejściowych do klatki. Jeśli są otwarte, mam po prostu wejść do środka. – Tak po prostu? Do budynku, gdzie nikogo nie znam? – zapytałam zdziwiona. – Oczywiście – odpowiedziała. – Podczas alarmu każdy chce, żebyś wszedł i był bezpieczny.
W Izraelu państwo traktuje kwestię schronów śmiertelnie poważnie. W całym kraju są ich tysiące. To właśnie dzięki nim, mimo dziesiątek tysięcy rakiet, dronów i pocisków wystrzeliwanych w stronę kraju, ofiar śmiertelnych nie liczy się w dziesiątkach tysięcy.
To przypomina mi sytuację z moich rodzinnych stron, gdzie domy i budynki publiczne są przygotowane tak, by zapewniać skuteczne schronienie przed tornadem. Dzięki temu, mimo niszczycielskiej siły żywiołu, liczba ofiar na przestrzeni lat znacząco spadła. Podobnie jak w Polsce coraz częściej uczymy się, że podczas gwałtownych nawałnic najbezpieczniej jest w murowanej piwnicy lub solidnym schowku pod schodami, z dala od szyb i dachów.
Gdy minęłyśmy bloki, doszłyśmy do pobliskiego centrum handlowego. Na tyłach, blisko klatki schodowej w samym centrum konstrukcji, znajdowało się wejście do schronu. Pod wieloma względami schrony przeciwbombowe są uderzająco podobne do miejsc, w których chronimy się przed tornadami.
Idąc dalej uliczkami Holon, mijałyśmy małe parki i place zabaw. Na środku każdego z nich stał schron. Ujęło mnie to, że ich elewacje są kolorowo ozdobione – w Holonie chyba ten sam artysta pomalował większość z nich, by oswoić tę betonową bryłę dla najmłodszych.
Zastanawiałam się, jak trudne musi być dla dzieci przerwanie zabawy i ucieczka do schronu. Ale przypomniałam sobie moje własne dzieci, gdy były małe. Nigdy nie dyskutowały, gdy ogłaszano alarm przed tornadem. Gdy rozbrzmiewały syreny, natychmiast schodziliśmy na dół. Bez pytań, bez buntu. Bezpieczeństwo było nadrzędnym celem. Czasem trwało to 15 minut, czasem godzinę. A potem życie po prostu wracało do normy. Zakładam, że dzieci w Izraelu reagują podobnie. Nie dyskutuj, szukaj schronienia. Tylko czy po wszystkim życie naprawdę toczy się dalej tak samo? Tego nie jestem pewna. Ale dla ludzi mieszkających tam z pewnością to część ich życia.
Muszę przyznać, że nie każdy potrafi zachować rozsądek. Mój mąż czasem zostawał na zewnątrz, by „popatrzeć na pogodę”. Widziałam mnóstwo nagrań tornad idących prosto na dom, kręconych do momentu, aż ktoś w tle krzyknął: „Wchodź natychmiast do środka!”. W Izraelu tacy sami ludzie stoją na balkonach i filmują pociski Żelaznej Kopuły przechwytujące rakiety na niebie. Nie rozumiem tej potrzeby oglądania zagrożenia w czasie rzeczywistym, choć przyznaję, że sama te filmy później oglądam.
Istnieje jednak jedna zasadnicza różnica między syreną zwiastującą tornado a alarmem przeciwlotniczym/przeciwrakietowym: intencja. Przy tornadzie musisz uważać na niesione wiatrem gruzy. Przy rakiecie – na odłamki. Skutek podobny, ale przyczyna inna. Natura nie bierze twojego domu na cel, bo cię nienawidzi – ona po prostu jest siłą wyższą. Bomby spadające wokół ciebie są wysyłane celowo, by zabić. To całkowicie zmienia psychologiczną stronę szukania schronienia.
Choć schronienia przed tornadami zawsze będą nam potrzebne, nikt nie powinien być zmuszony do budowania schronów przeciwbombowych w swoich domach czy na placach zabaw. Człowiek nie powstrzyma żywiołu, ale może powstrzymać zrzucanie bomb na drugiego człowieka.
Autor: Ellen Portnoy | www.kcjc.com




